Najpierw martwiłam się o zdrowie. Poczułam coś w brzuchu, więc zaczęłam się obserwować. Potem dostałam skierowanie na badania i byłam pewna, że kiedy tylko zobaczę wynik, wszystko minie.
Wynik nie był dobry, ale lekarz uspokoił. Przedstawił procedurę, zlecił kolejne badania.
Przez dwa dni rzeczywiście czułam ulgę. Ale trzeciego ktoś nie odpowiedział na moją wiadomość. Przeczytałam ją jeszcze raz. Potem drugi. Zastanawiałam się, czy nie napisałam czegoś niestosownego. Może byłam zbyt bezpośrednia? Może ktoś się na mnie obraził? Przypominałam sobie naszą ostatnią rozmowę, sposób, w jaki się pożegnaliśmy, nawet wyraz jego twarzy. Po jakimś czasie już nie wiedziałam, czy naprawdę zauważyłam wtedy coś niepokojącego, czy dopiero teraz dopisałam to do wspomnienia. Lęk, który jeszcze niedawno dotyczył zdrowia, znalazł sobie nowy temat. Tak właśnie bywa z lękiem wędrującym. Nie można powiedzieć, czego dokładnie się boimy, chociaż niepokój jest zupełnie prawdziwy. Raz zatrzymuje się przy zdrowiu, innym razem przy pracy, pieniądzach albo bliskiej osobie. Czasem wystarczy czyjeś krótkie „dobrze”, wypowiedziane trochę innym tonem. Telefon z nieznanego numeru. Pismo leżące na biurku. Spojrzenie, którego nie potrafimy odczytać. Zaczynamy więc szukać przyczyny. Przecież coś musi się dziać, skoro tak się czujemy. Dzwonimy, sprawdzamy, pytamy, czy na pewno wszystko jest w porządku. Wpisujemy objawy do wyszukiwarki. Wracamy do rozmowy sprzed kilku dni i rozbieramy ją na pojedyncze zdania. Przygotowujemy się na coś, co być może nigdy się nie wydarzy, ale przez chwilę samo przygotowywanie daje poczucie, że mamy nad tym jakąś kontrolę.
Kiedy przychodzi uspokajająca wiadomość, robi się lżej. Ktoś nie odpisał, bo miał dużo pracy. Lekarz starał się uspokoić, przedstawić rozwiązanie problemu. Szef chciał tylko zapytać o dokument. Mówimy sobie wtedy, że znowu niepotrzebnie się martwiłyśmy. Tylko że spokój nie trwa długo. Za kilka dni, czasem już następnego ranka, pojawia się kolejny powód.
Znam kobiety, które dopiero wieczorem, kiedy kładą się do łóżka, czują, jak bardzo są zmęczone. Dzień był przecież zwyczajny. Praca, zakupy, obiad, kilka rozmów. Nic szczególnego się nie wydarzyło, a jednak trudno zasnąć. Szczęka nadal jest zaciśnięta, bolą ramiona, w głowie odtwarzają się rozmowy i układają scenariusze na jutro. Najtrudniejsze jest chyba to, że nie można powiedzieć: „Boję się właśnie tego”. Gdyby lęk miał wyraźną przyczynę, można byłoby coś z nią zrobić. Tymczasem człowiek od rana ma wrażenie, że o czymś zapomniał, czegoś nie dopilnował albo nie zauważył w porę. Przegląda w myślach swoje sprawy, ale niczego konkretnego nie znajduje. Niepokój jednak pozostaje. Bliscy próbują pocieszać: – Nie martw się na zapas. – Przecież nic się nie dzieje. – Za dużo o tym myślisz.
Najczęściej mają dobre intencje. Tylko że my zazwyczaj same wiemy, że za dużo myślimy. Gdyby można było przestać po usłyszeniu jednego rozsądnego zdania, dawno byśmy to zrobiły. Lęk nie zawsze zaczyna się od tego, co dzieje się dzisiaj. Czasem człowiek nauczył się czujności dużo wcześniej. Są dzieci, które po odgłosie klucza w zamku potrafią rozpoznać, w jakim nastroju wraca rodzic. Wiedzą, kiedy lepiej zniknąć w swoim pokoju, nie zadawać pytań, niczego nie chcieć. Obserwują twarze dorosłych, słuchają ich głosów, próbują przewidzieć, co wydarzy się za chwilę. Po latach mieszkają już w innym domu. Same zamykają drzwi. Nikt nie krzyczy. Życie stało się spokojniejsze, ale one nadal zwracają uwagę na każde westchnienie, chłodniejszy ton i dłuższe milczenie. Trudno przestać czuwać, jeśli kiedyś od czujności zależało, czy dzień skończy się spokojnie. Jednak nie każdy lęk ma swoje źródło w dzieciństwie. Może pojawić się po chorobie, stracie, trudnym rozstaniu albo długim czasie przeciążenia. Czasem przychodzi wtedy, gdy przez wiele miesięcy trzeba było zajmować się wszystkimi i na własne przeżycia nie było już miejsca. Człowiek radził sobie, bo musiał. Dopiero później zauważył, że nawet w spokojniejszym czasie nie potrafi naprawdę odpocząć. Lęk wędrujący często towarzyszy kobietom, o których mówi się, że są silne. To one pamiętają o terminach, przewidują komplikacje, wykonują trudne telefony i znajdują wyjście, kiedy inni nie wiedzą, co zrobić. Można na nich zawsze polegać. Zazwyczaj słyszą to zresztą bardzo często. Znacznie rzadziej ktoś pyta, ile je to kosztuje. One same również nie zawsze się nad tym zastanawiają, bo łatwiej sprawdzić, czy wszyscy są bezpieczni, niż przyznać, że od dawna źle śpimy. Łatwiej zająć się kolejną sprawą, niż pomyśleć, dlaczego nie umiemy spokojnie usiąść, kiedy akurat niczego od nas nie chcą.
Nie lubię mówić, że z lękiem trzeba walczyć. Człowiek żyjący w napięciu i tak walczy wystarczająco dużo: z własnymi myślami, bezsennością, zmęczeniem i wstydem, że znowu przesadza. Walka staje się wtedy jeszcze jednym zadaniem do wykonania. Może warto zacząć inaczej. Nie pytać od razu, jak się tego pozbyć, ale zatrzymać się przy tym, co się ze mną dzieje. Zauważyć, kiedy lęk przychodzi. Przy jakich słowach, sytuacjach i rodzajach milczenia robi się silniejszy. Sprawdzić, czy pod nim nie ma zmęczenia, samotności, poczucia odpowiedzialności za wszystkich albo dawnego przekonania, że jeśli na chwilę przestanę wszystkiego pilnować, stanie się coś złego. To nie znaczy, że każdy niepokój należy długo analizować. Czasem wręcz przeciwnie — potrzebne jest przerwanie tego niekończącego się myślenia i powrót do tego, co dzieje się naprawdę, w tej chwili. Nie do wszystkich możliwych wersji jutra, ale do dzisiejszego pokoju, światła za oknem, kubka stojącego na stole. Do kilku rzeczy, które teraz są pewne. Jeżeli lęk trwa długo, utrudnia sen, odbiera przyjemność ze zwyczajnych dni albo sprawia, że wciąż potrzebujemy zapewnień, że wszystko jest w porządku, warto o nim porozmawiać. Nie dlatego, że sobie nie radzimy. Być może właśnie zbyt długo radziłyśmy sobie same. W bezpiecznej rozmowie można powoli zobaczyć, że lęk nie pojawił się po to, żeby uprzykrzyć nam życie. Kiedyś mógł w czymś pomagać. Ostrzegał, kazał uważać, nie pozwalał przeoczyć zmiany w czyimś zachowaniu. Tyle że dziś wszczyna alarm także wtedy, kiedy nie dzieje się nic złego.
Może więc nie potrzebuje kolejnego polecenia, żeby się uspokoił. Może najpierw trzeba go usłyszeć. Usiąść na chwilę obok tej niespokojnej części siebie i zamiast mówić jej po raz kolejny: „Nie przesadzaj”, zapytać łagodnie: Czego tak bardzo próbujesz dla mnie dopilnować?